W poprzedniej części wpisu opisałam Wam swoje wrażenia na temat jedzenia w USA. Było o wielkich opakowaniach, o dziwnych ułatwieniach typu pokrojone i zafoliowane owoce czy ugotowane na twardo jajka, było o uwielbieniu amerykanów do słodkich płatków oraz o serze w najdziwniejszych postaciach. Dzisiaj kontynuując temat opowiem Wam o fast-foodach, najgorszym hot-dogu, rozmiarach kaw i ogromnych butelkach wypełnionych słodkimi sokami. Będzie też o rzeczach, które mi się podobały, bo wbrew pozorom jakieś pozytywy też się znalazły 😀

Restauracje i fast-foody

Jeśli chodzi o zwykłe restauracje – tak jak pisałam w poprzednim poście, nie gościliśmy zbyt często. Nie tylko dlatego, że nie mieliśmy czasu czy po prostu byliśmy zbyt zmęczeni i woleliśmy zjeść coś leżąc na wygodnej kanapie, ale też dlatego że nie kusiło nas tamtejsze jedzenie. Myślę, że większość nie była warta swojej ceny, ale możliwe że jeśli mielibyśmy luźniejszy plan i większy budżet, coś fajnego by się znalazło. Początkowo mieliśmy w planach pójść do takiej typowej restauracji rodem z filmów, gdzie kelnerki co chwilę robią dolewki kawy z dużego dzbanka. Nie wyszło 😉 Odwiedziliśmy za to bardzo klimatyczne miejsce niedaleko wielkiego kanionu, w którym można poczuć klimat zachodnich stanów.

A co z fast-foodami? Możecie się dziwić, ale ani razu nie byliśmy w sieciówce typu Mcdonald’s, Burger king, Tacobell czy Wendys. Jakoś nas nie ciągnęło, ale gdybym wiedziała że zrobię wpis, pewnie bym spróbowała na potrzeby bloga. Kilka razy zamówiliśmy burgery w niesieciówkowych barach, ale żaden nam nie smakował. Były dokładnie takie, jak sobie wyobrażałam – słabej jakości bułki, dużo tłuszczu, mało warzyw. Ale wizyta w USA, a konkretnie w Nowym Jorku nie mogła obejść się bez spróbowania hot-doga. Nie jest to coś za czym szaleje, no ale tradycja to tradycja, więc skusiłam się na jednego. To był najgorszy (i chyba najdroższy, zapłaciłam za niego 6 albo 7 dolarów) hot dog w moim życiu 😀 I nie wiem naprawdę jak miałabym się tym najeść, bułka napompowana do granic możliwości. Zdjęcia niestety nie mam, ale poniżej możecie zobaczyć jak wyglądał hamburger. Raz w takiej budce zamówiłam też falafela w picie. Niestety nie przypominał tego ze zdjęcia w menu. Smak też oceniam na średni, ogólnie można raz spróbować żeby samemu przekonać się że…nie warto. Jeszcze w temacie szybkiego i niezdrowego jedzenia – mąż często łapał w drodze kawałki ciepłej pizzy z 7-eleven (taka Żabka). Bodajże 2 szt. za 3 dolary. Chyba mu smakowało, ja nie próbowałam 😉

Jeśli chodzi o sam Nowy Jork, to mieliśmy tam do dyspozycji kuchnię, więc z jednej strony trochę ulga, ale z drugiej asortyment garnków nie był zbyt imponujący 😀 Poza tym zwiedzanie nie idzie w parze z gotowaniem, ale coś tam kombinowaliśmy na szybko. Z fajniejszych rzeczy w moje oko wpadł makaron z suszonymi warzywami, mogliby taki wprowadzić w Polsce. Do tego wystarczy dorzucić sos pomidorowy, trochę mięsa czy strączków i mamy dość odżywczy obiad. Mam zdjęcie posiłku, ale smakował zdecydowanie lepiej niż wyglądał, więc sobie odpuszczę.

Napoje

Pierwsze, o czym muszę wspomnieć to kawa. Mrożona kawa jest ogromna! Na początku zamawiałam średnią, ale nie mogłam jej przepić mimo że jestem kawoszem. Nie na jedno posiedzenie. Przerzuciłam się na małą, a dużej nawet nie odważyłam się kupić. Poniżej mała kawa vs średnia.
Druga sprawa to napoje bezalkoholowe. Ogromne butelki kolorowych, dosładzanych płynów. Cukier, cukier, cukier. Różnego rodzaju soki, wody smakowe, herbaty, lemoniady w proszku. Nie wiem jak do Was, ale do mnie nie przemawia sok w butelce a’la płyn do spryskiwaczy czy płyn do prania.

Jeśli chodzi o alkohole – w USA (a raczej w konkretnych stanach, które odwiedziliśmy) nie mamy takiego wyboru jak w Polsce. Amerykanie preferują piwo, które zazwyczaj można kupić głównie w wielopakach, rzadziej pojedyncze sztuki (jedynie w Las Vegas piwo w puszce kupicie w zasadzie na każdym kroku). Wino nie jest zbyt popularne, pomijając Californię. Wódki, burbony, whisky itp. zazwyczaj kupuje się w osobnych sklepach, będących częścią dużych marketów (np. Walmart). W USA alkohol dozwolony jest od 21 roku życia. Zawsze sprawdzany jest dowód, ponieważ kasjerka musi nabić na kasę datę urodzenia.

Co mi się podobało?

Przyznaję, że amerykańskie jedzenie nie zrobiło na mnie wrażenia. Ale oczywiście było kilka rzeczy, które mi się spodobały i chętnie bym je zobaczyła w polskich sklepach. Po pierwsze gotowe guacamole, salsy i hummusy. Niektóre były naprawdę dobre (choć niektóre wręcz przeciwnie), a podczas jazdy samochodem to całkiem fajna opcja – zamaczasz pieczywo i jesz, sztućce niepotrzebne. Sushi z marketu (bodajże Ralphs) też przypadło mi do gustu. Wiadomo, że w sushi barze dostaniecie lepsze, ale porównując z gotowcami z naszych marketów jestem pozytywnie zaskoczona. Całkiem fajną opcją są też chipsy warzywne – z cieciorki, jarmużu, marchewki itp. Wybór jest spory, niektóre są lepsze, inne mniej, ale myślę że dla osoby uzależnionej od chipsów mogą stanowić dobry kompromis.

To w zasadzie wszystko, co udało mi się zapamiętać i sfotografować. Amerykańskie jedzenie nie porwało mnie jakoś szczególnie, w zasadzie pokryło się z moimi wyobrażeniami. Jest tłusto, słodko, opakowania są ogromne a półki wypełnione kolorowym, sztucznym jedzeniem, marnej jakości pieczywem i niezbyt apetycznymi mrożonkami. Ktoś, kto chce się odżywiać w miarę racjonalnie, nie wydając przy tym majątku, ma nieco utrudnione zadanie, choć oczywiście jest ono jak najbardziej możliwe do zrealizowania.