Pewnie niektórzy z Was kojarzą z mojego instastories (był spam 😀 ), że niedawno odwiedziliśmy z mężem USA. Przyznaję, że jedzenie podczas wyjazdu zeszło na dalszy plan, a samego wpisu nie planowałam. Chciałam maksymalnie skupić się na zwiedzaniu, zamiast biegać po markecie z telefonem i robić zdjęcia każdego produktu. Mimo to parę fotek spontanicznie poczyniłam (co skomentowała obsługa sklepu 😀 ), coś tam też w głowie mi zostało, więc pomyślałam że jednak napiszę Wam o swoich spostrzeżeniach.

Wyjazd mieliśmy podzielony na dwie części – tydzień w Nowym Jorku i kilkanaście dni objazdówki po zachodnim wybrzeżu. Trochę inaczej żywiliśmy się podczas pierwszego tygodnia, a trochę inaczej przez pozostałe dni. Patrząc jednak całościowo nasza wycieczka polegała głównie na ciągłym przemieszczaniu się, tak żeby jak najwięcej zobaczyć. Nie mieliśmy tak naprawdę zbyt dużo czasu żeby po prostu posiedzieć na spokojnie w jakiejś restauracji, a i wybór na pustkowiach przez które przejeżdżaliśmy na zachodzie był średni. W Nowym Jorku ratowaliśmy się głównie jedzeniem z marketów lub rzadziej street foodu (budki są co krok, zazwyczaj z identycznym asortymentem). Natomiast na zachodzie często jedliśmy w trasie, podczas jazdy samochodem, więc łapaliśmy gotowe produkty czy owoce z pobliskich sklepów.

Ma być łatwo i szybko

Czy w USA można się odżywiać zdrowo? Można (a nawet trzeba 😀 ), ale po pierwsze wydaje mi się, że wychodzi drożej. Po drugie mnogość gotowych dań (całe lodówki, półki) które odgrzewamy w mikrofalówce, odsmażamy lub zalewamy wrzątkiem, dla niektórych może stanowić przepustkę do lenistwa i odpuszczania sobie. Problem w tym, że te gotowce często nie należą do najlepszych wyborów żywieniowych, pewnie się domyślacie że w składzie zazwyczaj znajduje się dużo sera czy sosów śmietanowych. Makaron z serem to chyba klasyk, który każdy kojarzy. Frytki, smażone ziemniaki, pizze, nawet mrożone hot-dogi, naprawdę dużo tego. Dodatkowo dochodzą ogromne opakowania i wszechobecny cukier, który jest nawet w pieczywie. Oczywiście są owoce i warzywa,  wybór jest spory, choć też zależy od sklepu. Często umyte, obrane, pokrojone i zafoliowane. Takie na wagę też są… 🙂

Amerykanie lubią ułatwiać sobie życie, na wielu płaszczyznach. I tak na półkach czy nawet w budkach z fast-foodami możecie znaleźć ugotowane jajka na twardo (nawet w wersji z majonezem :o), białka jaj w kartonie, pokrojoną cebulę czy jabłka w kawałkach na jeden kęs. Obrane, pokrojone i zapakowane owoce to standard, są obecne właściwie w każdym sklepie spożywczym. Przyznaję, że sama czasem sięgałam po arbuza z plastiku, chociaż mało to ekologiczne. Usprawiedliwiam się warunkami polowymi 😀 Ugotowane ziemniaki, tarty ser, ryż z kalafiora, pokrojone czy nawet faszerowane pieczarki (serem oczywiście). Wszystko znajdziecie i w zależności od produktu może to zadziałać na waszą korzyść lub wręcz przeciwnie.

Kupuj dużo w dużych opakowaniach

W Ameryce wszystko jest wielkie – odległości między miastami, pustynie, kaniony, samochody, drzewa no i oczywiście sam kraj. Nie inaczej jest z żywnością. Tutaj przesada objawia się nie tylko poprzez objętość opakowań, ale też różne zabiegi mające na calu sprawienie, żeby konsument kupił po prostu…WIĘCEJ. Żywność często sprzedaje się w wielopakach, których nie można rozdzielać. Szczególnie widać to na przykładzie wody. Jednego razu w markecie mieliśmy do wyboru – albo galon wody, albo 24-pak mniejszych butelek (coś koło 0,5 l, dokładnie nie pamiętam)…Było też kilka luźnych butelek, ale z tego co pamiętam ceny nie kusiły. Generalnie im więcej, tym taniej. 

Mam słabość do Oreo (tylko smak brownie, nie linczujcie!), a w Ameryce odkryłam wersję z masłem orzechowym. Tona cukru z tłuszczem, ale MUSIAŁAM spróbować bo masło orzechowe też uwielbiam. Dlaczego o tym pisze? Bo na przykładzie Oreo widać różnicę między wielkością opakowań u nas i w USA. W Polsce standardowe pudełko ma 176 g, tam natomiast 432 lub 540 g (środkowa półka na zdjęciu), a „party size” ponad 700 g.  Jest też wersja 1,5 kg (dolna półka). Produkty często są opisane jako family lub party size, co może dać Wam pewne pojęcie o rozmiarze 😀 Nie wiem ile osób liczy przeciętna amerykańska rodzina, ale te opakowania wykraczają poza szeroko promowaną zasadę umiaru. Oczywiście kupowanie większych opakowań ma swoje zalety, ale nietrudno się domyślić że kupno dużej paczki ciastek skończy się zjedzeniem wszystkiego. Prawda jest taka, że im więcej masz jedzenia pod ręką, tym więcej go zjadasz – szczególnie jeśli nie musisz wkładać wysiłku w jego przygotowanie.

Ser, majonez i masło orzechowe

I ser, wszędzie. Dużo sera nie tylko w gotowych produktach typu mrożonki do odgrzania w mikrofali, w restauracjach, ale też na półkach. I ceny w porównaniu z owocami, np. małą paczką arbuza za 4-5 dolarów są niewielkie (duża paczka tartego sera 5 dolarów). A jakby komuś było mało, to jest jeszcze ser w sprayu. Mnie to przerasta. Podobnie z majonezem, gotowe kanapki, fast-foody z budek, wszędzie majonez. Całe półki zapełnione różnego rodzaju majonezami, także w wersji light. Jak pewnie wiecie USA to też kraj masła orzechowego. Oprócz zwykłych słoiczków (o dziwo nie były duże, ale może za słabo szukałam) można też kupić np. ciastka z masłem orzechowym czy kanapki z tymże masłem i dżemem. Niestety z chlebem wątpliwej jakości, o czym dalej.

Cukier musi być

Amerykanie mają obsesję na punkcie słodkich płatków. Wybór w sklepach jest ogromny, jak się pewnie domyślacie wszystko w wielkich opakowaniach. Kolorowe, w przeróżnych smakach. W hotelowych śniadaniach też niestety dominuje cukier. Najbardziej rozczarowało mnie śniadanie w motelu, w którym do wyboru były jedynie płatki, wspomniane pieczywo którym nie sposób się najeść, dżemy i słodkie bułki. Byłam niesamowicie głodna i zdesperowana, sklepu brak, więc zjadłam co było. Ale ogólnie nie polecam. Najbardziej wytrawną rzeczą jaką udało mi się upolować w jednym hotelu były bajgle (swoją drogą bardzo popularne w stanach) z masłem orzechowym.  Do tego owoce – też cukier, ale jak wiadomo o niebo lepszy pod kątem zdrowotnym.

Jeśli chodzi o chleb, to idealnie opisuje to jedno słowo – dramat. Nadmuchana gąbka napchana cukrem. Coś jak chleb tostowy, tyle że słodki. Być może gdybym miała więcej czasu i objechała inne markety czy piekarnie, znalazłabym coś godnego uwagi.  Czasem ratowałam się chlebkami pita, zawsze to lepsze niż to słodkie coś udające chleb. Nawet pełnoziarnisty niewiele miał wspólnego z prawdziwym pieczywem. Poniżej zdjęcie najlepszego składu, jaki udało mi się znaleźć…

Kalorie, składy, kolory

W sklepach jest duży wybór produktów light, fit, sugarfree i tak dalej. Z jednej strony dobrze, że producenci obniżają kaloryczność, ale z drugiej takie działania często mogą dawać skutek odwrotny do zamierzonego. Na zasadzie „ma mniej kalorii, więc mogę zjeść więcej”.  To nie uczy dobrych wyborów żywieniowych, bo nie chodzi tylko o kalorie, ale też o wartość odżywczą tego co ląduje na naszym talerzu. Jeśli chodzi o składy produktów – nie miałam czasu wnikliwie ich analizować, ale większość jak się domyślacie to cukier/syrop g-f/olej słonecznikowy. Wartości odżywcze (zazwyczaj) podawane są jedynie dla porcji, czyli np. 50 g batonika czy 30 g chipsów. Nie ma to większego sensu, wg mnie bardziej miarodajne jest porównywanie 100 g produktu. Nie skupiałam się jakoś specjalnie na tym, ale wiem że na dłuższą metę zaczęłoby mnie irytować. Problemem jest także brak procentowej zawartości danego składnika w produkcie, tj. na przykład mięsa w kiełbasie. Swoją drogą przetwory mięsne typu kiełbasy, wędliny, parówki pod względem jakości też pozostawiają wiele do życzenia.

Coś, co zwróciło moją uwagę to kolory – rażąco żółte, niebieskie, różowe. Słodycze typu pączki, ciastka często przyciągają wzrok i w zamierzeniu mają zachęcać do zakupu. Na mnie to działało odwrotnie 😀

Na dzisiaj to tyle. Wpis wyszedł mi dość długi, dlatego nie chcąc Was zamęczać masą treści i zdjęć podzieliłam go na dwie części. W następnym poście przeczytacie o napojach, fast-foodach i restauracjach.